Woła twoja córka, kiedy właśnie zaczęłaś rozmowę z przyjaciółką. Nie miała tego problemu, kiedy byłyście same, ale teraz... ból stał się nie do zniesienia.
Domyślasz się, że chodzi o Twoją uwagę. Może za mało czasu jej poświęcasz? Może po ostatnich perturbacjach rodzinnych potrzebuje Cię bardziej niż zwykle? Przepraszasz przyjaciółkę, przerywasz rozmowę i poprawiasz małej włosy.
Ale kiedy sytuacja się powtarza, dziecko przychodzi z coraz to nowym problemem, jęczy, stoi z nieszczęśliwą miną, płacze i czeka na twoją reakcję, zaczynasz się zastanawiać co robić.
Najpierw cierpliwie wysłuchujesz narzekań, tulisz smutki, naklejasz plastry na niewidzialne rany, złościsz się na niesprawiedliwą nauczycielkę, która "się uwzięła", idziesz z awanturą do szkoły, ale stopniowo jęczenie coraz bardziej działa ci na nerwy.
Nie jesteś pewna czy droga, którą idziesz jest właściwa. Czy może lepiej byłoby ignorować marudę, bo przecież żadnej prawdziwej rany tu nie ma. Zastanawiasz się, czy za każdym zachowaniem dziecka stoi prawdziwa potrzeba? Jak radzić sobie z marudzeniem?
Staś wyrywa Jasiowi łopatkę i bije go po głowie.
Kasia krzyczy na Zosię i wbija paznokcie w jej ramię.
Kolejna awantura wisi na włosku. Masz dość.
Nie wiesz co robić.
Rzucić się na pomoc? Rozdzielać kłócące się dzieci?
A może poczekać, aż same sobie poradzą?
W końcu nie będziesz przy nich zawsze i kiedyś będą musiały poradzić sobie same. Nie tylko z rodzeństwem.
Mamo!!! Maaamooo!!!! Ona mnie bije!
A on mi zabrał książkę!
Mam jej dość! Po co ją urodziłaś?
Nienawidzę go! Widzisz jaki jest wredny?
Kłótnie rodzeństwa, ich zazdrość i rywalizacja uprzykrzają Ci życie. Wciąż wyrywają sobie zabawki. Biją się. Ciągną za włosy. Przezywają.
A miało być tak pięknie. Dwoje, może więcej dzieci, wspaniała, harmonijna rodzina.
Mieli bawić się ze sobą, rozmawiać, cieszyć się swoim towarzystwem, uczyć się współpracy, dzielenia się, dbania o innych.
Niestety rzeczywistość trochę różni się od wyobrażeń. Nawet nieco bardziej niż trochę.
Na szczęście mamy wpływ na relację między naszymi dziećmi. Co możemy zrobić, aby dzieci tworzyły zgrany duet, cieszyły się sobą i budowały dobry, silny związek?
Dzieci rosną, kot tyje, a my się starzejemy. Bez wysiłku. Bez planowania. Bałagan i dodatkowe kilogramy też pojawiają się niepostrzeżenie. Niestety nie wszystko ma tę właściwość. Dlatego co roku planujemy. Że będziemy więcej ćwiczyć (ach ten kalarofer z młodości!), więcej czasu spędzać z rodziną, lepiej słuchać, nauczymy się hiszpańskiego itd.
Co roku 80 % z nas planuje. Co roku większości się nie udaje. Tylko 8% pod koniec roku może uczcić sukces. Więc może nie warto? A może spróbować dołączyć do tych nielicznych?
Dylemat, który nie mija wraz z upływem czasu. Zmieniają się tylko pomysły. Lalka Barbie czy Baby Born? Klocki Lego czy samochodzik? Łyżwy czy hulajnoga? Tablet czy ......? A może wystarczy książka, albo wspólne wyjście do kina na nowe Gwiezdne Wojny?
Ale czy nie będzie zbyt skromnie? Może jednak zaszaleć? Bo tyle wspaniałości na półkach, bo inne dzieci dostają więcej i naszemu będzie przykro, bo to takie miłe dawać radość innym, bo ja nie dostawałam, to on będzie miał lepiej...
Jak się odnaleźć w tym prezentowym chaosie i co dać dzieciom pod choinkę? Zanim się zdecydujesz odpowiedz na 3 pytania. Dzięki nim łatwiej Ci będzie dokonać dobrego wyboru.
Dziesiątki Świeżaków, góry klocków, kolekcja samochodzików, serie książek, filmów, figurek piętrzą się w pokoju dziecka. Jakby tego było mało, są tam też znalezione gdzieś kamyczki, pióra, sznurki, kasztany i inne skarby. Sprzątanie to nie wszystko. Nawet najlepiej ułożone rzeczy w pewnym momencie przestają się mieścić, nie są już używane, bo jest ich zwyczajnie za dużo, dziecko się nimi znudziło, albo z nich wyrosło. Mimo to malec nie chce się z nimi rozstać a na dodatek prosi o kolejne . Bo coś nowego jest modne, bo "wszyscy to mają", bo: "maaamoo! ale ja chcę!"
Co robić? Zamienić mieszkanie na większe? A może oddać dziecku własną szafę? Czy jest możliwe ograniczenie konsumpcyjnych zapędów malucha? Czy jest jakiś sposób na pozbycie się części zabawek?
Deszczowe dni, spadające liście, nadchodzące zaduszki i głęboki głos Lany del Ray powtarzający jak mantrę słowa: "cause you and I, we were born to die" nie pozostawiają wyboru, czas napisać o śmierci.
Dzieci bardzo wcześnie się nią interesują. Już w przedszkolu zabijają w grach przeciwników, liczą ile im jeszcze żyć zostało, "strzelają" do przyjaciół w czasie zabawy, a nawet potrafią "skazać na karę śmierci" kolegę który zniszczył im wieżę z klocków. Ich rodzice jednak często boją się poruszać ten temat. Omijają bajki w których występują sierotki i macochy, mówią, że babcia wyjechała, a nie umarła, a zmarłą świnkę morską zastępują szybko nowym zwierzątkiem.
A o śmierci z dziećmi też można i należy rozmawiać. Tylko kiedy i jak?
Głos Oli doprowadza jej mamę do granic wytrzymałości. Mała jęczy od przebudzenia. Powodów ma tysiące:
bo młodszy brat nie chce oddać jej zabawki,
bo mama nie uprała jej ulubionych legginsów,
bo tata miał zrobić śniadanie, a nie mama.
Dzieci mają różne sposoby na uzyskanie tego na czym im zależy. Ola wymusza płaczem, stękaniem, narzekaniem. Kasia i Franek obrażaniem się, a Jaś krzykiem. Dzieci są kreatywne, a rodzice często zmęczeni. Nie mają siły na walkę z własnym dzieckiem. Dla świętego spokoju poddają się i robią to czego dziecko żąda, chodzą na palcach wokół obrażonego potomka, lub uprzedzają ewentualne wybuchy - piorą odpowiednie legginsy, szykują ulubione posiłki, kupują ciuchy, zabawki, które dziecko musi mieć, bo jeśli nie to.... wiadomo. Czasem już nie starcza cierpliwości i najbardziej starający się rodzic wybucha. Wtedy kończy się poczuciem winy i spełnianiem zachcianek. Są też tacy, którzy od początku starają się tłumaczyć, nie ulegać, ale ich cierpliwość też jest ograniczona.
A jeśli mamy więcej dzieci niż jedno? Wtedy ciągłe sprzeczki, udowadnianie kto ma rację, rywalizacja o naszą uwagę stają się codziennością. Chcieliśmy mieć więcej dzieci, żeby nie były samotne i rozpieszczone, a teraz jesteśmy przytłoczeni i zastanawiamy się co robimy źle.
Z pewnością popełniamy wiele błędów, jak każdy, ale na początek bez szukania przyczyn, spróbujmy użyć czarodziejskiej różdżki. Aby polepszyć domową atmosferę, możemy wprowadzić nowy zwyczaj. Zajmie tylko 15 minut dziennie. A potrafi działać cuda.
Uśmiechnięty, uroczy blondynek wchodzi na plac zabaw. Rozgląda się wokół. Podchodzi do piaskownicy. Wyrywa łopatkę Krzysiowi. Ten próbuje odebrać swoją własność. Dostaje po głowie. Ucieka do mamy. Blondynek zabiera się do budowania. Podążająca jego tropem mama, mówi miękkim głosem: "nie wyrywaj kochanie" i siada na piaskownicy. Zastanawia się nad przyczynami zachowania synka. Jest uroczy, a jednak bije dzieci, wyrywa zabawki, gryzie i szczypie. Podnosi też rękę na nią. Może to etap rozwoju? Może ma jakieś problemy i musi odreagować? Może w domu nie jest wystarczająco spokojnie?
Na plac zabaw wchodzi nastolatek z piwem i papierosem, siada obok mamy blondynka. Dmucha maluchowi w twarz. Miał trudny dzień. Nikt nie nauczył go radzić sobie z emocjami i szanować innych. Musi odreagować.
Smakowite, błyszczące lukrem ciastko pyszni się na talerzu. Za stołem przedszkolak wbija wzrok w ulubiony słodycz. Ślina zbiera się w ustach, zapach drażni nozdrza. Ale... dziecko nadal siedzi i nie wyciąga ręki. Dlaczego? Bo bierze udział w eksperymencie. Może zrobić to, na co tak bardzo ma ochotę, czyli zjeść ciastko. Jednak jeśli poczeka na powrót badacza, który zaraz wyjdzie z pokoju i wróci za ok. 20 minut, dostanie drugi słodycz w nagrodę za wytrwałość. Co zrobi? Pierwsze dziecko pochłania ciastko zanim dorosły wyjdzie. Kolejne wącha, nadgryza, liże lukier. Jeszcze inne patrzy w drugą stronę, potem zamyka oczy. Niektóre wytrzymują całe dwadzieścia minut. Wtedy wraca badacz i zgodnie z obietnicą wręcza premię wytrwałym.
Co zrobić, aby wychować pewne siebie dziecko? Dziecko, które nie boi się wyzwań i pewnym krokiem idzie przez życie. Takie, które wykorzystuje swój potencjał i go rozwija, które stawia sobie cele i je osiąga. Nie boi się próbować i nie załamuje się przy pierwszym potknięciu?
Mail z podstawówki syna. Oferta szkolenia dla dzieci. A właściwie cyklu szkoleń, organizowanych przez firmę zewnętrzną. Mamy do wyboru 5 modułów. Większość rodziców optuje za dwoma z nich: z komunikacji. Jeden moduł trwa 90 minut. W tym czasie firma obiecuje nauczyć dzieci "kompetencji komunikacyjnych" dzięki, którym będą potrafiły odmówić osobom "zachęcającym je do niewłaściwych zachowań, np. spróbowania środków psychoaktywnych". Dzieci na zajęciach "zdobywają umiejętność mówienia nie". Może zdobywają, ale nie zdobędą. Nie wyobrażam sobie jak dziecko w tak krótkim czasie ma nauczyć się mówienia "nie" w sytuacjach trudnych? Czy mając nieasertywnych rodziców po 1,5 godziny ono będzie asertywne?
"Szymek poznaje nowych kolegów na półkoloniach, naszych wakacjach, obozie i po tygodniu musi się z nimi żegnać. Przeżywa te rozstania. Za każdym razem mu smutno i chce zostać dłużej. Jak mu pomóc? Czy lepiej żeby miał mniej wyjazdów, poznał mniej kolegów i rzadziej się żegnał? Żeby więcej był u dziadków? Co Pani radzi?"
Kiedy czytałam ten list, cieszyłam się, że Szymon tak dobrze odnajduje się w nowych sytuacjach, szybko zaprzyjaźnia się z dziećmi i dobrze się z nimi bawi. Wspaniale też, że ma taką uważną mamę, która dostrzega jego uczucia, chce mu pomóc i zastanawia się, co będzie najlepsze dla jej synka. Ale co z rozstaniami? Bólem po stracie przyjaciela?
Kiedy zrezygnujemy z przemocy , a także kar i nagród, to co nam zostanie? Bezradność? Czy może jakaś magiczna recepta? Guzik, który wystarczy nacisnąć i już wszystko pójdzie zgodnie z planem? Niestety. Magicznego guzika nie ma i być nie może. Każde dziecko jest inne i na dodatek wciąż się zmienia.
Rozwój człowieka jest jak wzrost drzewa. Nie wiemy jakie nasionko nam się trafiło, jaka pielęgnacja będzie najlepsza. Nie wiemy, kto z niego wyrośnie. Nie ma prostych recept, które działają w każdej sytuacji.
Ale... są wskazówki, które mogą pomóc. Jeśli będziemy je konsekwentnie stosować, nasze dziecko rozwinie się zgodnie ze swoimi potencjałem. Może jak to drzewo pod którym skryłam się z moją córką :-)
"Mówiłem Ci, że nie wolno bić słabszych" mówi tata z dowcipu wyciągając synka z piaskownicy. Moc swoich słów podkreśla (przekreśla?) wymierzając klapsa. Absurdalność tej sytuacji jest oczywista. Dla coraz większej liczby rodziców negatywne skutki klapsów też są oczywiste. Na szczęście. Jednak samo odrzucenie fizycznej przemocy to nie wszystko. Trzeba poszukać alternatywnych metod.
Skoro nie siłą, to jak? Jak nauczyć dzieci, że nie wolno bić i gryźć? Jak nauczyć zachowań, które uważamy za pozytywne? Jak wpoić zasady? Jestem gorącą zwolenniczką rozmowy, uważnego kontaktu z dzieckiem, modelowania i naturalnych konsekwencji, ale dziś jeszcze nie o tym. Dziś o karach i nagrodach. Bo to one są powszechnie stosowaną metodą wychowawczą.
Jakie są skutki kar i nagród?
Przynoszą szybki efekt. Dzieci, aby uniknąć kary, albo zasłużyć na nagrodę, robią to, co chcemy, aby robiły, lub odwrotnie - nie robią tego, czego nie chcemy.
Nie musimy poświęcać wiele czasu na tłumaczenia, rozmowy, dochodzenie do wspólnych rozwiązań.
Czyli same plusy? Chyba jednak nie. Przyjrzymy się skutkom ubocznym.
Sklep spożywczy. Umęczona mama z kilkulatkiem. Dziecko wrzeszczy. Domaga się batona. Mama odmawia raz, drugi. Jej twarz czerwienieje coraz bardziej. W końcu wymierza klapsa. Dziecko milknie.
Sukces wychowawczy? Nauczyło się, że nie tędy droga? Że warto tłumaczyć o co nam chodzi, zamiast krzyczeć? Dowiedziało się, dlaczego nie dostało batona? Raczej nie.
Niestety prawie 70% Polaków wymienia klapsy, jako karę, którą stosują najczęściej*
Klapsy - dowód rodzicielskiej bezradności. Efekt gniewu, frustracji, nawyków, braku znajomości innych rozwiązań. Broń obosieczna. Niszczy relację. Zaufanie zamienia w strach. Ze strachu dziecko unika niewłaściwych zachowań, kiedy rodzic jest w pobliżu. Kiedy nie boi się kary, robi rzeczy zakazane, bo nie rozumie, dlaczego nie powinien, albo chce w końcu zrobić coś po swojemu. Kiedy jest już starsze, często "na złość rodzicom". Według badań dzieci, które postępują zgodnie z normami i zasadami moralnymi domu rodzinnego, to te, które miały dobry związek z rodzicami, a nie te, które zmuszono do właściwych zachowań strachem.
Przemoc pogarsza stan psychiczny dziecka i rodzica. Sprawia, że młody człowiek sam staje się bardziej agresywny, ma mniej wrażliwości, empatii. Skoro rodzic, który jest wzorem bije, to bicie jest normalne. Rozwiązywanie konfliktów siłą jest w porządku.
Dzieci często karane fizycznie doświadczają dużego napięcia i lęku, mają poczucie bezradności, częściej zapadają na depresję, trudniej im budować głębokie relacje interpersonalne, częściej mają tendencje samobójcze.
Klaps to nie drobiazg. To przemoc. Pierwszy potrafi być bodźcem do zmiany dla zagubionego rodzica, bywa też niestety początkiem serii. A czasem nawet pierwszym krokiem w przepaść. Nie pozwólmy na to w swoich rodzinach, ani w swoim otoczeniu. Szukajmy nowych rozwiązań, reagujmy, kiedy ktoś przy nas bije dziecko.
A na deser film z eksperymentu, który dotyczył przemocy wobec kobiet. Mimo, że temat nieco inny, pięknie pokazuje parę przyczyn, dla których warto zatrzymać się i poszukać innych metod niż klaps.
O nich następnym razem :-)
*badania Millward Brown SMG/KRC przeprowadzone na potrzeby kampanii Dzieciństwo bez przemocy Fundacji Dzieci Niczyje w 2008 roku. Szersze dane nt. konsekwencji kar np. w publikacji Fundacji Dzieci Niczyje "Kary fizyczne w wychowaniu dzieci".
7 nawyków towarzyszy mi od lat. Dzięki nim wiele dobrego się w moim życiu wydarzyło. Pierwsza książka na ten temat, "7 nawyków skutecznego działania" Stephena Covey'a, to baza dla kolejnych. Można ją wykorzystywać indywidulanie dla zwiększania swojej efektywności, satysfakcji, poprawy relacji i nie tylko. Czytaliśmy ją z mężem niedługo po ślubie - powoli, delektując się i wprowadzając w życie kolejne nawyki. Kiedy urodziło się nasze pierwsze dziecko wyszło polskie wydanie "7 nawyków szczęśliwej rodziny". Trafiło w odpowiedni czas i oczywiście prosto do naszego domu. Czytaliśmy po raz pierwszy i zastanawialiśmy się jakie dzieci chcemy wychować i jak ma wyglądać nasza rodzina. Teraz czytam z synem "7 nawyków skutecznego nastolatka", a z córką "6 najważniejszych decyzji, które kiedykolwiek podejmiesz" obie Sean'a Coveya (syna Stephena). Czytamy na zmianę, dyskutujemy. Jest ciekawie. Ale dziś nie o tym. O nastolatkach innym
Adaś chodzi do przedszkola. Kiedy jest smutny płacze, kiedy wesoły śmieje się, a kiedy się złości. - krzyczy, gryzie i rzuca się na ziemię. Jego mama cieszy się radością synka, jakoś radzi sobie z jego płaczem, ale wrzaski i ciskanie przedmiotami doprowadzają ją samą do szału lub bezsilnej rozpaczy.
Nastoletnia Julia stara się ukrywać swoje uczucia, ale często przypomina małego Adasia. No może już nie gryzie... ale często płacze z "byle powodu", krzyczy, trzaska drzwiami...
Samo "uspokój się!" nie wystarczy. Możemy akceptować uczucia, stawiać granice, rozmawiać, ale dziś nie o tym.
Wyobraź sobie, że twój mąż przyprowadza do domu piękną, młodą kobietę. Jest nią wyraźnie zachwycony. Wykrzykuje od drzwi w ekspresowym tempie:
"Zobacz kochanie, czyż nie jest śliczna?
Taka młoda i urocza!
Będzie teraz z nami mieszkać."
I dodaje przymilnie: "Bądź dla niej miła, proszę. Oddamy jej Twoje ubrania, które są już na Ciebie za małe. OK? W końcu należy od dzisiaj do rodziny."
Ja w takiej sytuacji, delikatnie mówiąc, nie byłabym zachwycona.
Podobnie może się czuć nasz ukochany jedynak, kiedy pojawia się w domu konkurent. Taka "nowa żona"zabiera uwagę, zabawki, miejsce w łóżku rodziców. Budzi mnóstwo emocji u starszaka. Nie tylko tych pozytywnych.
Skoro nie mamy zamiaru oddać malucha z powrotem do szpitala, ani pozbyć się go w żaden inny sposób, jak sugerują niektórzy strąceni z piedestału pierworodni, spróbujmy inaczej. Sposobów jest wiele, dziś polecam jeden z moich ulubionych - czytanie. Mamy kilka ulubionych książeczek na ten temat. Tym razem te, które jako pierwsze zagościły w naszym domu, kiedy pojawiło się drugie dziecko.
Książeczka "Wszystkich Was kocham najbardziej" Sama McBratney i Anity Jeram urzekła nas piękną formą. Rysunki Anity Jeram proste i urocze ilustrują historyjkę o rodzinie misiów, w której pewnego dnia jedno z dzieci zamyśla się głęboko... i ogarniają je wątpliwości.